- SMS from a boyfriend?
- No Brian. I don’t have a boyfriend.
Sprzątałam już swoje stanowisko pracy przed wyjściem, kiedy podszedł do mnie starszy mężczyzna. Nie wiedziałam wtedy że to ojciec Briana. Dopiero kiedy powiedział łamaną angielszczyzną, że przyszedł się pożegnać, bo odchodzi na emeryturę, zrozumiałam, że to nie może być nikt inny.
- Do widzenia. – powiedziałam nie bardzo wiedząc po co przyszedł akurat do mnie, skoro nigdy nawet się oficjalnie nie poznaliśmy
- Tak*. – powiedział niespodziewanie i odszedł
Nie wiedziałam za co mi dziękował. Może po prostu żegnał się ze wszystkimi pracownikami (nawet tymi sezonowymi) i wszystkim dziękował za, przynajmniej teoretycznie, wspólną pracę?
Nie zastanawiając się nad tym dłużej, poszłam się przebrać. Odbiłam przy zegarze swoją kartę, na której od trzech lat moje imię było źle zapisane i poszłam do domu.
Wyjęłam z kieszeni telefon, żeby zadzwonić do ojca i wtedy przypomniało mi się jak Brian się dopytywał, czy ten SMS, który właśnie do mnie przyszedł, jest od mojego chłopaka. Przypomniałam sobie jego wszystkowiedzący uśmiech i to, jak nie chciał mi uwierzyć, kiedy mu mówiłam, że nie mam chłopaka, bo nikt mnie nie chce. Pamiętam też jak Lars wtedy się oburzył, mówiąc, że kłamię, bo przecież nie dalej jak tydzień wcześniej on sam mi się oświadczył i to ja go nie chciałam. Przypomniałam mu, że on się nie liczy, bo ma żonę i dwie córki… Pamiętam, jak Brian się z tego śmiał. Powiedział, że on pewnie też się nie będzie liczył, choć żony jeszcze nie ma, a córkę ma tylko jedną… I wtedy śmiać zaczęłam się ja.
I tak szłam do domu, wspominając sobie człowieka, którego życie w moim życiu było tylko mgnieniem i nigdy już nie stanie się niczym więcej. Wiedziałam, że gdzieś tu, w którymś z mijanych przeze mnie po drodze domków, mieszka sobie kobieta, dla której był on całym życiem i która już nie może nawet marzyć o tym, że pewnego dnia nazwie go swoim mężem. Wiedziałam, że mieszka ona z malutką, jasnowłosą, jak wszystkie duńskie dzieci, dziewczynką, na której brak tego człowieka odciśnie się bolesnym piętnem. Słowa „mąż” i „ojciec” będą w ich domu nieużywanymi pojęciami.
Próbując opędzić się od tych niewesołych myśli doszłam do domu. Był piątkowy wieczór. Nie musiałam wcześnie kłaść się spać, bo sobota była dniem wolnym od pracy. W przeciwieństwie do ojca Briana, ja cieszyłam się, że jest już weekend.
KONIEC
---------------------------------------------
* „Tak” znaczy po duńsku „dziękuję”.
Nie prosiłam Was o ocenę, ale o refleksję nad powyższym tekstem z dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że w przeciwieństwie do innych moich wytworów, tego jednego nie wymyśliłam. Wszystko to miało miejsce naprawdę. Nie zmieniłam nawet imion, ani nazw miejsc.
Po drugie nie chcę, by "Mgnienie życia" było oceniane ponieważ nie jest moim kolejnym bardziej lub mniej udanym literackim popisem, ale refleksją nad śmiercią. Pisząc to uświadomiłam sobie jak przerażająco łatwo jest przejść do porządku dziennego nad śmiercią człowieka, którego znało się tylko trochę. Jak łatwo jest to po prostu zaakceptować i żyć dalej zajmując się swoimi sprawami...